Wpisy

  • wtorek, 19 sierpnia 2014
    • Paneer ze szpinakiem i cukinią

      Dzisiejszy wpis mógłby być pod hasłem „człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi”. Jestem taką osobą, która szczegółowo planuje co znajdzie się na blogu i nie cierpię działać na spontanie. Bardzo mnie denerwuje kiedy muszę zmieniać plany, ale jak widać czasem trzeba. Miałam zamiar przygotować dla Was jedno z najlepszych i najbardziej znanych dań kuchni indyjskiej, a mianowicie palak paneer – ser panir w kremowym sosie szpinakowym. Ale naprawdę uwierzcie mi, nigdzie w całej mojej okolicy nie mogłam dostać świeżego szpinaku.  Po prostu towar deficytowy albo klątwa. Oczywiście można je od biedy zrobić z mrożonego szpinaku, ale akurat w tym daniu ma on decydujące znaczenie, więc nie chciałam fundować sobie i wam byle jakiej chały. Co robić, co robić? Paneer już przygotowany, a szpinaku niente. W lodowce zalegały mi dwie dorodne cukinie, więc z żalem postanowiłam zmodyfikować przepis, a palak paneer odłożyć na inny termin. Muszę przyznać, że pomimo działania za pięć dwunasta efekt bardzo mnie zadowoli i danie wyszło smaczne. Nie wiem czy ta potrawa ma swoją hinduską nazwę i co powiedzieliby mieszkańcy Indii na jej smak, ale na wszelki wypadek gdy odgrzewałam ją w pracy na lunch, a do kuchni (jak na złość) weszli pracujący u nas Hindusi uciekałam z talerzem w te pędy, aby uniknąć pytań "czy to nie jest przypadkiem paneer i dlaczego postanowiłaś go zbeszcześcić?" :) 

      

       

       

      składniki:

      120g paneeru  (przepis znajdziesz tutaj) można zastąpić tofu

      200g mrożonego szpinaku w liściach*

      1 średnia cukinia starta na tarce o dużych oczkach

      1 mała cebula pokrojona w kostkę

      2 zabki czosnku przeciśnięte przez praskę

      kawałek imbiru (1cmx2cm) startego na tarcę drobnych oczkach

      niepełna łyżeczka ziarenek kuminu (kminu rzymskiego)

      szczypta chilli

      szczypta soli

      łyżka suszonych liści curry (można pominąć) 

      sok z połowy cytryny

      łyżka oleju lub oliwy

       

      *oczywiście świeży byłby jeszcze lepszy. Jeśli uda się Wam zakupić opłuczcie i sparzcie liście 3 minuty we wrzącej wodzie. 

       

      wykonanie:

      1. Szpinak rozmrozić i pokroić na nieco mniejsze części. 

      2. Paneer przesmażyć ze wszystkich stron na średnim ogniu na dużej patelni posmarowanej olejem i przełożyć na talerz wyłożony papierowym ręcznikiem kuchennym

      3. Na patelnie dodać trochę oleju, rozgrzać i wrzucić ziarenka kminu rzymskiego. Po chwili dodać cebulę. Gdy się zeszkli dodajemy czosnek, a następnie imbir i liście curry.

      4. Po minucie dorzucamy szpinak oraz cukinie. Dolewamy 1/3 szklanki wody, doprawiamy solą oraz chilli i wszystko razem dusimy, aż warzywa zmiękną. 

      5. Na koniec doprawiamy danie sokiem z cytryny

      Podawać z gotowanym ryżem lub pieczywem naan.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Paneer ze szpinakiem i cukinią”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      vegazone
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 sierpnia 2014 13:38
  • poniedziałek, 18 sierpnia 2014
    • Soczewica - rodzaje, właściwości i zastosowanie.

      Mam wrażenie, że soczewica jest w Polsce traktowana trochę po macoszemu. Umiłowaliśmy sobie inne warzywa strączkowe: fasolę, groch, bób, natomiast soczewica jest mniej popularna. Traktujemy ją raczej jako nieco ekscentryczny składnik niszowych dań wegetariańskich i wegańskich. Zupełnie nie rozumiem dlaczego. Nasi sąsiedzi Czesi pomimo, że są zagorzałymi mięsożercami, wcinają soczewicę na potęgę. Co więcej zgodnie z czeską tradycją zjedzona w Nowy Rok čočková polévka (zupa soczewicowa) przynosi pomyślność i bogactwo w nadchodzącym roku. Płaskie ziarenka symbolizują bowiem pieniądze. Soczewica jest nie tylko smaczna, ale również tania i bardzo prosta w przygotowaniu. Nie wymaga namaczania, ani innych skomplikowanych procedur kuchennych. Podczas gotowania wchłania całą wodę, dzięki czemu wszystkie wartości odżywcze pozostają w garnku.

       

      soczewica dieta wegetariańska przepisy

       

       

      ZASTOSOWANIE

      Co do jej zastosowania, aż trudno wymienić wszystkie możliwości. Jest bardzo fajnym składnikiem zup i warzywnych dań jednogarnkowych. Może stanowić bazę do przyrządzenia kotletów i burgerów. Po zmiksowaniu z oliwą, czosnkiem i cytryną daje wspaniała pastę do chleba. Można ją zapiekać w formie pasztetu. Stanowi bardzo ciekawy i smaczny farsz do pierogów, gołąbków, krokietów, naleśników. Ugotowaną można ją zajadać również na zimno jako element sałatki. Z suchych ziaren soczewicy można również wyhodować bogate w witaminy kiełki. Bardzo dobrze komponuje się z ziołami oraz przyprawami kuchni indyjskiej. Tak jak już wielokrotnie pisałam - jedynym ograniczeniem jest nasza wyobraźnia. Wiele pomysłów znajdziecie tutaj: klik!

      WARTOŚCI ODŻYWCZE

      Jeśli chodzi o właściwości odżywcze soczewicy zawiera ona przede wszystkim sporo łatwo przyswajalnego białka (około 25-30g na 100g soczewicy). Jednocześnie cechuje ją stosunkowo niewielka kaloryczność i dość indeks glikemiczny, dlatego bez obawy mogą zajadać ją osoby dbające o linię lub cukrzycy. W przypadku tej drugiej grupy powinna ona być wręcz nieodzownym składnikiem diety, ponieważ stabilizuje poziom cukru we krwi. Na pewno docenią ją kobiety planujące macierzyństwo (kwas foliowy!) i osoby skłonne do anemii, ponieważ zawiera dużo kwasu foliowego i żelaza, które sprzyjają tworzeniu czerwonych krwinek i podwyższają poziom hemoglobiny. Ponadto jest źródłem fosforu, magnezu, cynku oraz witamin z grupy B. Regularnie spożywana soczewica dobrze wpływa na cerę, poprawia pracę układu pokarmowego i przemianę materii, wspomaga odchudzanie i obniża poziom cholesterolu. W przeciwieństwie do fasoli jest lekkostrawna i może być spożywana nawet codziennie. Samo zdrowie! :)

      JAK UGOTOWAĆ SOCZEWICĘ

      Świeżo ugotowana soczewica jest znacznie zdrowsza niż konserwowa z puszki, ponieważ posiada niższy indeks glikemiczny. Mamy również możliwość kontrolowania zawartości soli w potrawie. Jej gotowanie jest bardzo łatwe dlatego zachęcam, aby robić to samodzielnie. Wystarczy przepłukać ziarna soczewicy i wrzucić do wrzątku i gotować do miękkości. Zazwyczaj wystarczy jej około 15 minut, a czas może się wydłużyć jeśli ziarna są zleżałe. Ilość wody użytej gotowania powinna być dwa razy większa niż ilość soczewicy, czyli szklankę soczewicy gotujemy w dwóch szklankach wody. W trakcie gotowania soczewica powinna wchłonąć cały płyn i zwiększyć objętość. W razie potrzeby można w trakcie dolać nieco wrzątku, ale raczej nie powinno to być konieczne. 

      RODZAJE 

      czerwona i żółta:

      Najdelikatniejsze i najdrobniejsze spośród wszystkich odmian. Gotuje się je bardzo szybko, więc chcąc zachować strukturę, trzeba pilnować czasu, aby jej nie rozgotować. Szczególnie dobrze komponuje się z curry. Stanowią idealną bazę dla past i puree.

      zielona: 

      Najczęściej wykorzystywana w mojej kuchni. Ma przyjemny, głęboki smak. Stanowi idealny zamiennik mięsa, ponieważ daje największe spośród wszystkich odmian uczucie sytości. 

      czarna (beluga):

      Lubię ją nie tylko za walory smakowe, ale również ze względu na jej urodę. Pięknie kontrastuje z kolorowymi warzywami i wygląda bardzo apetycznie. Po ugotowaniu przypomina czarny kawior. Najchętniej dodaję ją do sałatek i zup.

      brązowa:

      Może zaskoczyć dosyć ciekawym wyglądem, ponieważ jej skórka jest upstrzona ciemnym plamkami, a środek ma kolor pomarańczowy. W rzeczywistości jest to po prostu niełuskana soczewica czerwona :) Gotuję się ją najdłużej ze wszystkich - nawet do godziny. 

       

      soczewica rodzaje

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Soczewica - rodzaje, właściwości i zastosowanie. ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      vegazone
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 18 sierpnia 2014 09:03
  • piątek, 15 sierpnia 2014
    • Czy warto kupić KitchenAid?

      W tym miesiącu mija rok odkąd używam KitchenAida. Jak się domyślacie miałam okazję przetestować go w najróżniejszych sytuacjach. Chciałabym podzielić się moją, subiektywną opinią na jego temat.


       


       

       

      Na początek trochę mojej historii. Jakiś czas temu moje poczynania piekarniczo-cukiernicze rozwinęły się na tyle, że zaczęłam odczuwać brak pomocnika kuchennego, który wyręczyłby mnie w zagniataniu ciasta drożdżowego lub ubijaniu piany. Miałam co prawda wówczas mojego poczciwego Boscha, ale okazało się, że nie ma możliwości dokupienia do niego odpowiednich końcówek. Stanęłam zatem przed wyborem odpowiedniego dla mnie miksera planetarnego. Jako osoba, która lubi ładne rzeczy zakochałam się w KitchenAid od pierwszego wrażenia. Jego retro stylówka rodem z amerykańskiego filmu z lat 50-tych po prostu rzuciła na mnie urok. I ten wybór kolorów – od cukierkowego różu, pastelowych błękitów, turkusów, poprzez soczystą limonkę i klasyczną czerwień, aż do głębokich i metalicznych  odcieni. Można oszaleć! Amerykanie wiedzą jak przyprawić konsumenta o zawrót głowy i jak wywołać w nim żądze posiadania. Przeglądałam najróżniejsze strony internetowe w poszukiwaniu promocji, ale niestety. Jakby nie liczyć cena była równie porażająca jak uroda „Kiciusia”. Chodziłam wokół niego kilka miesięcy. Myślałam, wzdychałam, rozważałam…W końcu jednak rozsądek zaczął dochodzić do głosu. Doszłam do wniosku, że wydanie blisko trzech tysięcy na bądź co bądź mikser to szaleństwo. Z wielkim żalem i bólem serca pogodziłam się z tym, że KitchenAid nigdy nie będzie mój. W zasadzie już zdecydowałam się na młodszego brata mojego Boscha z serii MUM, gdy los zesłał mi ogromną niespodziankę. Dokładnie rok temu otrzymałam wiadomość, że mój wpis na temat oleju rzepakowego został wybrany spośród 600 zgłoszonych i nagrodzony żółciutkim, wymarzonym Kiciusiem! Moją radość trudno opisać słowami. Jako trzydziestoletnia wówczas kobieta skakałam po całym pokoju ze szczęścia raz po raz zerkając jeszcze na monitor z wynikami konkursu, bo nie dowierzałam, że to właśnie mnie spotkało takie wyróżnienie. Majgaaaad! Będę mieć takiego robota jak Martha Stewart! Gdy tylko okrzepły pierwsze emocje zaczęłam perfekcyjnie i szczegółowo pucować całą kuchnię, aby przygotować ją na uroczyste przywitanie, a w nocy śniłam, o tym, że już u mnie jest i mrucząc wyrabia słodkie cudeńka. Niezła psychoza co? Tak wiem – jestem lekko nienormalna :) W końcu wymarzony robocik stanął na moim kuchennym blacie, a dziś gdy nabrałam dystansu mogę w rzetelny sposób opisać jak mi się z nim pracuje.


       


       

       

      Generalnie nie będę skupiać się na parametrach technicznych, bo nie jestem inżynierem. Chcę opisać Wam jak KA sprawdza się w akcji i czy jego sława jest zasłużona.

       

      Powiem szczerze, że przy pierwszym uruchomieniu spotkało mnie małe rozczarowanie. Wcześniej tyle naczytałam się na temat tego jak, to KitchenAid cichutko chodzi. Odgłos jego pracy porównuje się nawet do mruczenia kota. Powiem szczerze - nie wiem kto to wymyślił. Dźwięk to normalny hałas robota. Oczywiście nie tak dokuczliwy jak jazgot mojego starego Boscha, który hałasuje jak wiertara. Ale mruczenie kota? Litości :)

       

      W komplecie dostałam trzy końcówki:

       

      - hak do zagniatania

       

      Doskonale sprawdza się do zagniatania ciasta drożdżowego. Dzięki dobremu wyrobieniu jest napowietrzone, pulchniutkie i pięknie rośnie. To dla mnie ogromny komfort, że nie muszę tego robić ręcznie. Miałam obawy czy tak gęste ciasto nie owinie się wokół haka, a później na wokół mechanizmu, który nim obraca, ale okazały się one zupełnie bezpodstawne, ponieważ jest on odpowiednio skonstruowany i posiada u góry "kapturek", który zabezpiecza przed taką sytuacją. Martwiłam się również czy Kiciuś wytrzyma dłuższe wyrabianie, bo moc podana przez producenta nie jest imponująca. Jednak ze spokojem daje radę bez większej zadyszki. Liczyłam na to,  że będę mogła go używać również do zagniatania ciasta na pierogi i makaron, ale w tym wypadku jednak się nie sprawdził. Tak gęste ciasta wymagają siły rąk i ciepła dłoni. KitchenAid zaczął na nich pojękiwać boleśnie, przy ich wyrabianiu, więc szybko przerwałam ten proces nie chcąc go uszkodzić. 

       

      - kulista ubijaczka do piany

       

      To zdecydowanie moja ulubiona końcówka, która sprawdza się genialnie. Piana na bezy robi się sztywna w mgnieniu oka. Wręcz muszę pilnować, aby nie przebić białek, bo w mgnieniu oka ubija je na puch. Można regulować wysokość ustawienia trzepaczki, więc bezproblemowo ubijecie nawet jedno jajko. Oczywiście nadaje się również do ubijania śmietany. Nie mam jej nic do zarzucenia. 

       

      - mieszadło

       

      Ta końcówka jest zdecydowanie porażką. Co prawda stosuję ją do ucierania kremów, ale wkurza mnie to, że co chwilę muszę wyłączać mikser i zbierać krem ze ścianek łopatką, ponieważ mieszadło tam nie dociera. Nie po to mam mikser, abym musiała nad nim stać i zgarniać krem do misy. To on ma pomagać mnie, a nie ja jemu. Można co prawda dokupić mieszadło z silikonowym brzegiem, ale to wydatek blisko 200zł. Nie chodzi o to, że skąpię i wolę stać z tą łopatką nad misą jak jeleń, niż sypnąć monetą, ale po prostu uważam, że ona nie jest tyle warta. Podobnie jak np. miarki kuchenne czy akcesoria typu łopatki KitchenAid nie są warte 40zł, bo zbliżone w Ikei można kupić na 2,99zł.

       

      W komplecie była oczywiście stalowa misa (dzieża), która zasługuje na pochwalę. Jest bardzo solidnie wykonana, a dodatkowo jej wewnętrzna powierzchnia ma fajną strukturę, do której nic nie przywiera. Bez trudu daje się umyć. Bardzo przydałaby mi się szklana misa, dzięki której dokładnie widać czy w którymś miejscu na ściankach nie pozostały niewymieszane składniki. Jednak koszt takiej misy to...uwaga, proszę o werble...379zł! Że co? Cały mój robot kuchenny Boscha, który od lat niezłomnie sieka i blenduje kosztował połowę tej ceny. 

       

      Dodatkowo otrzymałam plastikową osłonkę na dzieżę, która ma zapobiegać rozsypywaniu mąki lub cukru podczas pracy robota. Niestety jest ona delikatnie mówiąc beznadziejna. Kompletnie odstaje od solidnego wizerunku KitchenAid. Chybocze się na brzegu misy. Wystarczy lekko ją potrącić, aby spadła. Praktycznie jej nie używam, bo moim zdaniem czasem bardziej przeszkadza, niż pomaga. 

       

      Podsumowując z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że jestem zadowolona z tego robota, jednak mój entuzjazm jest już trochę mniejszy niż przed rokiem. Pierwszy i podstawowy zarzut jaki mogę mu postawić, to stosunek rzeczywistej wartości do ceny w Polsce. Jego koszt nie wynika wcale z niesamowitych możliwości jaki daje, ale tylko i wyłącznie z tego, że nie jest on produkowany na polski rynek. Większą część ceny stanowi cło i koszty transportu do Polski. W Stanach  kosztuje on obecnie 315-350 dolarów, co w przeliczeniu na złotówki daje około tysiąca złoty, czyli prawie trzy razy taniej niż u nas. Biorąc pod uwagę, że Amerykanie zarabiają średnio blisko 4000 dolarów, to dla nich taki wydatek jakby u nas kosztował z dwie stówki, trzy stówki (!). Dacie wiarę? Relatywnie jest on w Polsce skandalicznie drogi. Tym bardziej, że u nas możecie kupić na przykład wspomnianego przeze mnie Boscha MUM za około 1200zł, a w komplecie otrzymujecie mnóstwo innych końcówek do szatkowania, ucierania, wyciskania owoców, mielenia. Gdybyście chcieli te wszystkie przystawki dokupić do KitchenAid jego koszt wzrósłby do grubych tysięcy złotych. Powiem szczerze - gdybym sama wybuliła blisko 3000zł na robota, który włączam 2-3 razy w miesiącu, to naprawdę stuknęłabym się mocno w czoło. Teraz już wiem, że moja ostateczna decyzja o zakupie innego robota była słuszna. Czasem dobrze podejść do sprawy na zimno. Oczywiście - jest on faktycznie śliczniutki i niepowtarzalny. Można się nim zauroczyć, tym bardziej, że wybór kolorów daje możliwość wybrania egzemplarza idealnie pod swój gust. Dzięki temu mamy wrażenie, że w jakiś sposób wyraża on naszą osobowość. Fakt, że to typowo marketingowa zagrywka, ale tego nie da nam żaden inny robot. Nie można mu również odmówić dobrej jakości - po roku używania wygląda i działa tak samo jak dniu gdy wyjęłam go z kartonu. Czy jednak ta niewątpliwe zalety warte są, aż takiej ceny? Ocenę pozostawiam Wam, ale jak się domyślacie moim zdaniem absolutnie nie. 

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Czy warto kupić KitchenAid? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      vegazone
      Czas publikacji:
      piątek, 15 sierpnia 2014 16:27
  • niedziela, 10 sierpnia 2014
    • Zapiekane muszle makaronowe z kurkami i suszonymi pomidorami

      Dziś przepis na w miarę lekką zapiekankę makaronową. Nie jest to może ortodoksyjnie dietetyczne danie, ale można je zjeść bez większych wyrzutów sumienia i bez obawy, że zrobimy się po nim senni, ponieważ nie zawiera masła, śmietany ani góry sera żółtego. Ja do swojej zapiekanki nie dodałam go w ogóle. Uważam, że nie był konieczny. Smak wystarczająco podkręca aromatyczny olej z suszonych pomidorów. Jeśli jednak nie wyobrażacie sobie zapiekanki bez ciągnącej warstewki sera, to można posypać nim muszelki przed zapieczeniem.

      Do zapiekanki użyłam ricotty, która jest delikatna i w miarę nietłusta. Możecie użyć innego sera - zamienniki wymieniłam na liście składników.

      Smacznego!

       

      fotografia kulinarna

       

      składniki na 2-3 porcje:

      200g kurek

      słoiczek pomidorów suszonych w oleju

      1 średnia cebula

      2 ząbki czosnku

      250g ricotty (można zastąpić mascarpone, który jest jednak bardziej tłusty, fetą, której polecałabym dodać mniej ze względu na słoność lub serkiem „Twój smak” z Piątnicy)

      płaska łyżeczka oregano lub tymianku

      płaska łyżeczka pieprzu

      1-2 łyżki soku z cytryny

      700ml przecieru pomidorowego

      2 łyżki posiekanej natki pietruszki

      opcjonalnie: dla tych, którzy lubią i mogą 50 gram sera żółtego (nie jest konieczny)

       

       

      wykonanie:

       

      1. Kurki bardzo dokładnie płuczemy i kroimy w kosteczkę, podobnie jak cebulę i odsączone pomidory (oliwy nie wylewamy)

      2. Makaron gotujemy, tak aby pozostał lekko twardawy (kilka minut krócej niż podano na opakowaniu). Następnie odcedzamy i przepłukujemy zimną wodą.

      3. Na patelnie rozgrzewamy 2 łyżki oliwy od pomidorów. Przesmażamy na niej cebulkę, aż się zeszkli. Następnie dorzucamy kurki, a po kilku minutach pomidory. Doprawiamy szczyptą soli, pieprzu, oregano lub tymiankiem. Na sam koniec dodajemy sok z cytryny i przeciśnięty przez praskę czosnek.

      4. Serek mieszamy z łyżką oleju z pomidorów.

      5. Nadziewamy każdą z muszli łyżeczką serka i oraz farszem kurkowo-pomidorowym.

      6. Przecier pomidorowy doprawiamy do smaku pieprzem i ewentualnie solą,  a następnie wylewamy go do naczynia w którym będziemy zapiekać tak aby pokrył dno.

      7. Układamy na nim muszelki (opcjonalnie można całość posypać serem żółtym, choć ja tego nie zrobiłam i zapiekanka była bardzo dobra). Całość przykrywamy folią aluminiową.

      8. Wkładamy na pół godziny do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni. Następnie zdejmujemy folię i zapiekamy jeszcze 5-10 minut.

      9. Przed podaniem posypujemy posiekaną natką pietruszki.

       

      fotografia kulinarnazapiekanka makaronowa z suszonymi pomidorami i kurkami

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Zapiekane muszle makaronowe z kurkami i suszonymi pomidorami”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      vegazone
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 sierpnia 2014 17:26
  • poniedziałek, 04 sierpnia 2014
    • Wegańskie brownie fasolowo-bananowe

      Dzisiejsze ciasto jak można łatwo wywnioskować z nazwy nie zawiera mleka, masła ani jajek. Oprócz tego zdecydowanie mogę je polecić osobom odchudzającym się, ponieważ nie znajdziecie w nim również mąki ani dodatkowego cukru - nie licząc tego zawartego w bananach.

      Ktoś mógłby zapytać "Ciasto bez cukru, jajek, masła i mąki? To ma być do cholery deser?". Powiem szczerze. Jeszcze do niedawna idea dietetycznych łakoci dla mnie samej była równie nielogiczna jak fakt istnienia piwa bezalkoholowego lub popijanie megakalorycznych posiłków colą light. Po prostu oszukiwanie samego siebie. Czy może istnieć słodycz sugarfree? No heloł! Przecież cała przyjemność spożywania deseru polega właśnie na tym, że ma on być słodkim i tłustym dopełnieniem, które powoduje eksplozje endorfin i falę błogostanu jaką niesie cukier, a ten jakby nie patrzeć nie ma nic wspólnego z dietetycznością. Zdrowy deser? Naprawdę? Przecież słodycze je się dla przyjemności, a nie dla zdrowia. Czy nie lepiej po prostu odpuścić sobie desery na czas odchudzania, zamiast łudzić się, że takie samą radość dadzą nam odchudzone substytuty? Powiem Wam, że po długich rozważaniach i wielu próbach stwierdzam, że jednak warto spróbować. Są takie składniki, które stanowią swego rodzaju kompromis. Taki pomost pomiędzy pełnym wyrzeczeń światem fit i hedonistycznym światem kulinarnej rozpusty. Należy do nich na przykład banan, który co prawda zawiera smakowity cukier, ale jednak w pełni naturalny, a ponadto jest całkiem niezłym źródłem białka, a także potasu, żelaza i fosforu. No i przede wszystkim magiczne kakao, którego wcale nie trzeba łączyć z toną tłuszczu i cukru, aby było pyszne i "szczęściogenne". Biorąc pod uwagę, że odkryto coś takiego jak ksylitol, czyli cukier brzozowy, który jest bezpiecznym zamiennikiem cukru trzcinowego, to już naprawdę daje nam sporo możliwości. Drogie łasuchy na odwyku! Wypróbujcie koniecznie to brownie, bo jest pewna, że będziecie zadowoleni :) Nie tylko odczujecie "rozkoszność" w buzi i brzuszku, ale również przypływ pozytywnej energii do działania, którą biały cukier zdecydowanie by Wam odebrał ;)

      Tytułem wstępu dodam tylko, że bazę do mojego brownie stanowi fasola adzuki, która jest najłatwiej strawna spośród wszystkich gatunków fasoli. Jeśli jednak nie macie jej pod ręką z powodzeniem możecie również użyć fasoli białej lub czerwonej.

       

      fotografia kulinarna

       fasola adzuki

       

      składniki:

      2 szklanki suchej fasoli adzuki, białej lub czerwonej (finalnie wyszło mi 6 szklanek ugotowanej fasoli, ponieważ wchłonęła wodę i spęczniała. Można zastąpić ją fasolą konserwową z puszki)

      3 banany

      3 kopiaste łyżki otrębów owsianych

      1 łyżka esencji waniliowej (kupnej lub domowej - przepis znajdziesz tu)

      pół szklanki kakao

      pół szklanki ksylitolu

      pół szklanki oleju kokosowego lub rzepakowego

       

      wykonanie:

       

      1. Fasolę płuczemy i moczymy w zimnej wodzie przez noc, a następnie gotujemy do miękkości.

      2. Miękką fasolę miksujemy wraz z bananem na gładką masę. Dodajemy pozostałe składniki i mieszamy.

      3. Powstałą masę wylewamy (a raczej wykładamy, bo wychodzi gęsta) do foremki wyłożonej papierem do pieczenia i wkładamy na pół godziny do piekarnika rozgrzanego do 175 stopni.

      4. Brownie kroimy dopiero po całkowitym wystudzeniu.

       

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Wegańskie brownie fasolowo-bananowe”
      Tagi:
      Autor(ka):
      vegazone
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 sierpnia 2014 21:45

Kalendarz

Wrzesień 2014

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Wyszukiwarka

Tagi

Autorzy

Kanał informacyjny

Durszlak.pl Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Odszukaj.com - przepisy kulinarne Top blogi Wykrywacz smaku - www.wykrywacz-smaku.pl 

Opcje Bloxa